Tokio vs Europa: które miasta są „smart”?

Opublikowano: 25 maja 2026
Logo blogu OSA UŁ Japonia UE Europa

Piotr Kwiatkowski

Koncepcja „smart city” od ponad dekady robi karierę w Europie. Inteligentne latarnie, aplikacje miejskie, sensory monitorujące jakość powietrza czy platformy open data stały się niemal standardowymi elementami narracji o nowoczesnych miastach. Jednocześnie coraz częściej pojawia się pytanie, czy za tą warstwą technologicznego marketingu rzeczywiście idzie głębsza transformacja funkcjonowania miasta.

Dobrym punktem odniesienia dla takiej refleksji jest Japonia, a w szczególności Tokio. To metropolia, która rzadko pojawia się w rankingach „najbardziej smart”, a jednocześnie od lat uchodzi za jedno z najlepiej funkcjonujących miast na świecie. To pozorny paradoks, który prowadzi do ciekawszego pytania: być może Tokio jest „smart” w zupełnie inny sposób niż przywykliśmy myśleć w Europie.

Inny punkt wyjścia: dlaczego Japonia w ogóle poszła w „smart cities”

Aby zrozumieć różnice między Europą a Japonią, trzeba zacząć od przyczyn, które w ogóle napędzają rozwój inteligentnych miast. W Europie impulsem były przede wszystkim presja klimatyczna, dostęp do funduszy unijnych, rozwój technologii cyfrowych, chęć poprawy jakości usług publicznych

W Japonii natomiast kluczowe czynniki wyglądały inaczej. Starzejące się społeczeństwo, które wymusza automatyzację i optymalizację usług, ograniczona przestrzeń miejska, wymagająca ekstremalnej efektywności, wysokie ryzyko katastrof naturalnych, które wymaga odpornej infrastruktury, silna kultura organizacyjna nastawiona na niezawodność i ciągłość działania.

Te różnice mają ogromne znaczenie, bo wpływają na to, jak projektowane są same rozwiązania technologiczne. W Europie często zaczynamy od pytania: „jaką technologię możemy wdrożyć?”. W Japonii częściej brzmi ono: „jakiego problemu nie możemy sobie pozwolić nie rozwiązać?”.

To subtelna, ale fundamentalna różnica — i ona przekłada się na bardzo konkretne efekty. Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów japońskiego podejścia jest fakt, że „smartness” miasta nie jest szczególnie widoczna. W europejskich miastach inteligentne rozwiązania są często eksponowane: aplikacje miejskie, interaktywne kioski, platformy dla mieszkańców. Mają one nie tylko funkcję użytkową, ale również wizerunkową — pokazują, że miasto jest nowoczesne. W Tokio jest odwrotnie. Technologie są głęboko zaszyte w infrastrukturze i procesach, przez co przeciętny użytkownik często ich nie zauważa. Nie oznacza to jednak ich braku — wręcz przeciwnie.

Przykład? Systemy zarządzania ruchem kolejowym. Tokio obsługuje jedne z największych przepływów pasażerskich na świecie. Gdyby system transportowy działał na poziomie wielu europejskich metropolii, miasto po prostu by się zakorkowało. Dlatego rozwiązania technologiczne, od analityki danych po systemy predykcyjne, są tu absolutnie krytyczne. Ich celem nie jest jednak „innowacyjność sama w sobie”, lecz utrzymanie stabilności całego systemu. To prowadzi do ciekawego wniosku - im bardziej zaawansowane technologicznie jest miasto, tym mniej jego „smartness” musi być widoczna.

Systemowe myślenie i odporność fundamentem japońskich smart cities

Jest obszar, w którym jaskrawie widać różnice między Japonią a Europą, a zarazem przyczyny tych różnic. Tym obszarem jest transport. W wielu europejskich miastach mobilność wciąż jest fragmentaryczna. Możemy zaobserwować różnych operatorów, słabą integrację systemów, problemy z punktualnością.

W Japonii te problemy zostały w dużej mierze rozwiązane — właśnie dlatego, że były kluczowe dla funkcjonowania społeczeństwa. Przyczynowość jest tu prosta. Ogromna liczba mieszkańców wytworzyła konieczność masowego, sprawnie działającego transportu. Przestrzeń niebędąca wprost proporcjonalna do liczby ludności znacznie ograniczyła zastosowanie i efektywność samochodów. Natomiast presja czasu i efektywności stworzyła potrzebę niezawodności i punktualności. Efektem jest system, który działa nie dlatego, że jest „innowacyjny”, ale dlatego, że „musi” działać. Integracja kolei, metra i prywatnych przewoźników nie jest dodatkiem — jest fundamentem. Systemy IT pełnią tu rolę spoiwa, które pozwala zarządzać całością.

W Europie często próbujemy osiągnąć podobny efekt poprzez projekty smart mobility. W Japonii jest to raczej rezultat długofalowego rozwoju infrastruktury wspieranej przez technologię. Dobrze zorganizowany transport prowadzi do poruszenia innego aspektu, który wyróżnia japońskie „smart cities”. Jest nim odporność systemów miejskich, w których infrastruktura transportowa działa.

Nie wynika to jednak z „lepszego podejścia technologicznego”, lecz również - z konieczności i potrzeby. Regularne trzęsienia ziemi i inne katastrofy naturalne sprawiają, że miasto musi być przygotowane na scenariusze awaryjne. To z kolei prowadzi do inwestycji w systemy wczesnego ostrzegania, redundantne sieci energetyczne, automatyczne procedury reagowania i odporne systemy IT.

Technologia odgrywa tu kluczową rolę, ale nie jest celem — jest narzędziem. W Europie „smart city” często oznacza wygodę: lepsze aplikacje, łatwiejszy dostęp do usług, optymalizację procesów. W Japonii oznacza przede wszystkim zdolność do funkcjonowania w sytuacjach kryzysowych.

To prowadzi do istotnego wniosku: prawdziwie inteligentne miasto to nie to, które działa dobrze w idealnych warunkach, ale to, które działa również wtedy, gdy coś idzie nie tak.

Rola społeczeństwa, państwa i korporacji

Kolejnym czynnikiem, który silnie wpływa na charakter smart cities w Japonii, jest demografia. Starzejące się społeczeństwo powoduje, że wiele rozwiązań technologicznych projektowanych jest z myślą o osobach starszych. To z kolei przekłada się na prostotę interfejsów, automatyzację procesów, rozwój usług wspierających opiekę zdrowotną, a także większy nacisk na niezawodność niż na innowacyjność. W praktyce oznacza to, że technologie są mniej „efektowne”, ale bardziej użyteczne.

W Europie często obserwujemy odwrotną sytuację — rozwiązania powstają, bo są technicznie możliwe, a dopiero później szuka się dla nich zastosowania. W Japonii punkt wyjścia jest bardziej pragmatyczny: technologia musi rozwiązywać realny problem.

To podejście ma swoje konsekwencje. Z jednej strony ogranicza tempo eksperymentów. Z drugiej – sprawia, że wdrożone rozwiązania częściej rzeczywiście działają i są adoptowane przez użytkowników. Istotną różnicą jest również model zarządzania rozwojem smart cities. W Europie dominującą rolę odgrywa sektor publiczny, często wspierany przez projekty unijne. W Japonii natomiast znacznie większe znaczenie mają duże korporacje.

Nie jest to przypadek i wynika z silnej pozycji przemysłu technologicznego, długoterminowego podejścia firm do inwestycji oraz ścisłej współpracy między państwem a biznesem. Efektem są projekty takie jak inteligentne osiedla czy eksperymentalne miasta tworzone przez firmy technologiczne. To prowadzi do ciekawego zjawiska: granica między infrastrukturą publiczną a prywatną zaciera się. Miasto staje się platformą współtworzoną przez różne podmioty, a nie wyłącznie zarządzaną przez administrację.

Czy Europa może skopiować japoński model?

Naturalnym pytaniem jest, czy europejskie miasta mogą po prostu „nauczyć się” od Japonii i zaadaptować jej rozwiązania. Odpowiedź brzmi: tylko częściowo. Porównuję to do własnego, 5-letniego doświadczenia pracy w japońskiej firmie w Łodzi. Czy można przenieść określone wartości japońskie na rynek polski? Oczywiście, że tak. Natomiast czy można przenieść w stosunku 1:1 fabrykę z Japonii do Polski, nie adaptując modelu biznesowego i podejścia do warunków lokalnych? Mam wątpliwości.

Wiele elementów japońskiego modelu wynika z unikalnych warunków, takich jak struktura demograficzna, gęstość zaludnienia, kultura organizacyjna, historia rozwoju infrastruktury.

Nie oznacza to jednak, że Europa nie może wyciągnąć wniosków.  Przede wszystkim moglibyśmy się nauczyć od Japonii myślenia systemowego, łączenia technologii w spójne systemy oraz patrzenia na „smart cities” w długoterminowej perspektywie, a nie jedynie w cyklu projektowym.

W związku z powyższym nasuwa się pytanie czy Tokio jest bardziej „smart”? Odpowiedź zależy od tego, jak definiujemy „smartness”. Jeśli patrzymy przez pryzmat widocznych technologii — aplikacji, interfejsów, usług cyfrowych — europejskie miasta często wypadają bardzo dobrze. Jeśli jednak skupimy się na integracji systemów, niezawodności infrastruktury, odporności na kryzysy czy dopasowaniu do potrzeb społecznych - to Tokio prezentuje wyższy poziom dojrzałości. Dla Europy smart cities są jeszcze projektem technologicznym, a dla Japonii elementem funkcjonowania społeczeństwa.

Analiza japońskich smart cities prowadzi do wniosku, który może być zaskakujący: technologia sama w sobie nie czyni miasta „inteligentnym”. O wiele ważniejsze są: kontekst społeczny, długofalowe planowanie, integracja systemów czy też zdolność do reagowania na kryzysy.

Tokio nie imponuje spektakularnymi wdrożeniami widocznymi na pierwszy rzut oka. Jego siła tkwi w tym, że działa — niezawodnie, przewidywalnie i w sposób dopasowany do potrzeb mieszkańców. Być może więc prawdziwą lekcją płynącą z Japonii nie jest to, jak budować bardziej zaawansowane technologicznie miasta, ale jak budować miasta, które lepiej funkcjonują.

ul. Franciszkańska 1/5 (pok. 205)
91-431, Łódź
tel. 42 665 54 82
OSA@uni.lodz.pl

Funduszepleu
Projekt Multiportalu UŁ współfinansowany z funduszy Unii Europejskiej w ramach konkursu NCBR